Notatki o życiu z wilczakiem. Zdjęcia i filmiki i inne sprawy związane z Tito - Tranquilo Tio Tinto Atropa Bella Donna
piątek, 20 lutego 2015
Atropa Bella Donna
Tito pochodzi z hodowli Atropa Bella Donna - czyli wilcza jagoda, trująca piękna pani. Oto nazwa, która zobowiązuje - jeszcze kilka zdjęć z wyjazdu do Polski, oczywiście w towarzystwie pięknych pań. Mamy Kali, starszej siostry Lilki i Ewy, czyli pierwszego titowego człowieka...
wtorek, 17 lutego 2015
Z rodziną na zdjęciach
![]() |
| Naprzód! |
![]() |
| Piękna Kali |
![]() |
| Dziki gon! |
![]() |
| Rojo kontra reszta bandy :D |
![]() |
| Czarujący uśmiech Titozaura |
![]() |
| Przerwa na przekąskę |
![]() |
| Z mamą Kalinką i siostrą Lilką |
![]() |
| Tito, Kali i Lilka |
![]() |
| Z rodziną najlepiej na zdjęciach, siostra i matka tłuką Ticiaka! |
![]() |
| Tito goni Kalinkę |
![]() |
| Lilka goni Titozaura |
![]() |
| Czas na drinka, Tito i Bleu i smaki kałuży... |
czwartek, 12 lutego 2015
Rodzinne sprawy
Było o psich problemach, o strachach i o podróżowaniu... Ale przecież najpiękniejszą częścią naszej wyprawy do Polski było rodzinne spotkanie.
Moje rodzinne spotkanie, to jedno, ale rodzinne spotkanie Tito - to zupełnie inna sprawa. W ogóle, spotkanie innego wilczaka przez Tito do którego watahy należą głównie psy takie jak staffiki, haszczaki, akity, labradory i charty... To było jak Boże Narodzenie po raz drugi, tylko w środku stycznia. Wielka radość i miłość. Wielkie szaleństwo.
Tak po prawdzie Tito chyba doznał niewielkiego szoku na widok innych wilczaków.
Zacznijmy po kolei - najpierw spotkanie z Sexy we wrocławskiej Mleczarni, dość głośne, rozszczekane - wiecie jakie to uczucie, gdy nagle w knajpie zapada cisza i wszyscy, wszyscy po prostu gapią się na Ciebie? Ja wiem. Kasia o Sexy też wie :)
Mimo początkowych poburkiwań czy to zadziałał urok osobisty Titozaura, czy też wdzięk i klasa Sexy - nie wyproszono nas z knajpki. Nawet gdy przybyło wilczaków.
A nagle okazało się, że do knajpy przecież przyszła jeszcze daleka kuzynka Szaki (cud dziewczyna, młodzieńcza miłość Titozaura, zbaczcie sami - o tutaj ), czy wujek - a może kuzyn Lunar, który zajmował się wychowaniem Tito za szczeniaka (najlepszy przykład to chyba ten ;) ). Spotkania po latach nie należą do najłatwiejszych, wiadomo. Ale jakoś nasze psiaki dały radę. Tito nie tylko miał okazję wybrać się na romantyczny spacer z Szaki
ale też oficjalnie przypomnieć się i przedstawić Lunarowi.
Jestem prawie pewna, że Tito pamiętał oba te psy z okresu szczenięctwa. Sposób w jaki przywitał się z wujkiem Lunkiem spowodował, że szczęka opadła mi na wrocławski bruk i długo długo nie mogłam się pozbierać.
Otóż mój pewny siebie wilczak, który każdemu innemu samcowi musi pokazać kto tu rządzi... na widok wujka Lunka przypadł do ziemi, podpełzł blisko i machając ogone pokazał brzuch a potem - potem próbował włożyć swój łeb prosto w paszczę Lunka... na szczęście oba psy były w kagańcach więc operacja ta była raczej nie do wykonania.
Widzieliście kiedyś na filmie przyrodniczym, jak witają się wilki z watahy?
Ja żałuję, że tych kilku minut nie nagrałam. Cudownie było zobaczyć jak to naprawdę działa, ta psia, czy wilcza mowa ciała. Jak wilczaki pokojowo rozwiązują konfliktowe sytuacje. Podkreślam pokojowo - siłowego rozwiązania wolałabym nie zobaczyć ;)
Oprócz wizyty w Mleczarni Tito udał się też na wizytę do swojego rodzinnego domu, spotkać królową matkę Kalinkę, starszą siostrę Lilkę, cud pannę... I dwóch urwisów - młodszych braci - Roszka, z którym później pojechać miał przez pół Europy, aż do zachodniej Anglii i Bleu, czekającego jeszcze w hodowli na transport do Stanów Zjednoczonych...
Razem z całą watahą, Pawłem, Martą, Ewą, Przemkiem i Ritą wybraliśmy się na spacer po okolicznych polach... gdzie wilczaki szalały, oj szalały... Nawet okoliczni myśliwi uznali, że nie ma tam już nic dla nich do roboty, skoro na Wzgórzach Trzebnickich pojawiła się taka banda...
Moje rodzinne spotkanie, to jedno, ale rodzinne spotkanie Tito - to zupełnie inna sprawa. W ogóle, spotkanie innego wilczaka przez Tito do którego watahy należą głównie psy takie jak staffiki, haszczaki, akity, labradory i charty... To było jak Boże Narodzenie po raz drugi, tylko w środku stycznia. Wielka radość i miłość. Wielkie szaleństwo.
Tak po prawdzie Tito chyba doznał niewielkiego szoku na widok innych wilczaków.
Zacznijmy po kolei - najpierw spotkanie z Sexy we wrocławskiej Mleczarni, dość głośne, rozszczekane - wiecie jakie to uczucie, gdy nagle w knajpie zapada cisza i wszyscy, wszyscy po prostu gapią się na Ciebie? Ja wiem. Kasia o Sexy też wie :)
Mimo początkowych poburkiwań czy to zadziałał urok osobisty Titozaura, czy też wdzięk i klasa Sexy - nie wyproszono nas z knajpki. Nawet gdy przybyło wilczaków.
A nagle okazało się, że do knajpy przecież przyszła jeszcze daleka kuzynka Szaki (cud dziewczyna, młodzieńcza miłość Titozaura, zbaczcie sami - o tutaj ), czy wujek - a może kuzyn Lunar, który zajmował się wychowaniem Tito za szczeniaka (najlepszy przykład to chyba ten ;) ). Spotkania po latach nie należą do najłatwiejszych, wiadomo. Ale jakoś nasze psiaki dały radę. Tito nie tylko miał okazję wybrać się na romantyczny spacer z Szaki
![]() |
| Tito i Szaki, spotkać znów wilczaki |
![]() |
| to jakby znowu było Boże Narodzenie |
![]() |
| Święto w środku stycznia ;D |
Jestem prawie pewna, że Tito pamiętał oba te psy z okresu szczenięctwa. Sposób w jaki przywitał się z wujkiem Lunkiem spowodował, że szczęka opadła mi na wrocławski bruk i długo długo nie mogłam się pozbierać.
Otóż mój pewny siebie wilczak, który każdemu innemu samcowi musi pokazać kto tu rządzi... na widok wujka Lunka przypadł do ziemi, podpełzł blisko i machając ogone pokazał brzuch a potem - potem próbował włożyć swój łeb prosto w paszczę Lunka... na szczęście oba psy były w kagańcach więc operacja ta była raczej nie do wykonania.
Widzieliście kiedyś na filmie przyrodniczym, jak witają się wilki z watahy?
Ja żałuję, że tych kilku minut nie nagrałam. Cudownie było zobaczyć jak to naprawdę działa, ta psia, czy wilcza mowa ciała. Jak wilczaki pokojowo rozwiązują konfliktowe sytuacje. Podkreślam pokojowo - siłowego rozwiązania wolałabym nie zobaczyć ;)
Oprócz wizyty w Mleczarni Tito udał się też na wizytę do swojego rodzinnego domu, spotkać królową matkę Kalinkę, starszą siostrę Lilkę, cud pannę... I dwóch urwisów - młodszych braci - Roszka, z którym później pojechać miał przez pół Europy, aż do zachodniej Anglii i Bleu, czekającego jeszcze w hodowli na transport do Stanów Zjednoczonych...
Razem z całą watahą, Pawłem, Martą, Ewą, Przemkiem i Ritą wybraliśmy się na spacer po okolicznych polach... gdzie wilczaki szalały, oj szalały... Nawet okoliczni myśliwi uznali, że nie ma tam już nic dla nich do roboty, skoro na Wzgórzach Trzebnickich pojawiła się taka banda...
czwartek, 5 lutego 2015
Strach przed weterynarzem
A skoro już piszemy o traumie i kagańcu, trzeba by wspomnieć o titorowym lęku przed weterynarzem...
Jednym z powodów naszej wyprawy do Polski, były też dość kosztowne wizyty u weterynarza. Zależało mi, by zrobić psu prześwietlenie stawów łokciowych i biodrowych oraz wszczepić mu implant (czyli przeprowadzić tak zwaną chemiczną kastrację, odwracalny proces, który pozwoli nam opanować hormony Tito na jakiś czas i przy okazji pomoże nam podjąć decyzję, czy chcemy, czy nie chcemy kastrować Titozaura... o implancie i kastracji może kiedyś tam, innym razem). Obie te sprawy można było oczywiście załatwić u naszego edynburskiego weterynarza, ale kosztowało by nas to jeszcze ze trzy wilczaki... A jak wiadomo - każdy pretekst jest dobry, by zabrać wilka na wyprawę.
Tak więc, mając w planach wspomniane badania, umówiłam nas na wizytę u weterynarzy.
I tu zaczęły się schody. Otóż, okazało się, że Tito panikuje na widok weterynarza, strzykawki i igły. Sama strzykawka, sam weterynarz - nie sprawiają problemu. Ale w jednym zestawie, do tego jeszcze w ciasnym i dziwnie pachnącym gabinecie... oj nie, to nie dla Titozaura. Trzeba wiać. Trzeba zęby pokazać... Trzeba narobić zamieszania.
Lęk ten - w mniejszym stopniu, pojawił się już wcześniej, przy podawaniu mu kiedyś antybiotyku. Ukłuty Tito popłakał sobie troszkę. Wydawałoby się, że nie ma problemu. Ale przy kolejnej wizycie, na obowiązkowych szczepieniach zaczął się szarpać i denerwować. Daliśmy radę go przytrzymać, tak że weterynarz zrobił swoje.
Niestety w Polsce na wizycie zabrakło Mariusza. Tito okazał się zbyt silny, zbyt duży i zbyt zdesperowany jak dla mnie. W ataku paniki puściły Titowi nerwy i poszły się ... kochać... wszystkie nasze wypracowane zachowania. Puścił kaganiec. Puściły też Titowi gruczoły okołoodbytowe. Wielki pies, wielki smród i wielkie zamieszanie.
I moje zmartwienie - co teraz, jak będziemy sobie radzić z takimi sytuacjami? Jak ogarnąć psa który wpada w panikę przy wizycie u weterynarza?
Przerażony, cuchnący wilczak dostał tego dnia dwa zastrzyki, jeden z implantem, drugi z tak zwanym głupim jasiem dzięki któremu udało nam się nieprzytomnego psa ułożyć na stole do badania rentgenologicznego.
Stawy Tito zostały prześwietlone i okazały się zdrowiutkie jak trzeba. Na dowód tego dostaliśmy świstek i pieczątkę w rodowodzie.
A żeby poradzić sobie z problemami Tita z weterynarzem... zaczęliśmy wizytować okoliczne gabinety.
Zaraz następnego dnia Tito odwiedził maleńki gabinecik w Leśnicy przy ulicy Trzmielowickiej. Wspaniała pani weterynarz wpuściła go do środka, pozwoliła postać na wadze, obwąchać wszystkie kąty i jeszcze zjeść psiego biszkopta. Co więcej, słysząc o problemach Tito z zastrzykami, podarowała nam strzykawkę. Niech się chłopak przyzwyczaja do widoku takich.
Kolejną wizytę umówiliśmy sobie już u naszego weterynarza w Edynburgu. Po ostatnim leczeniu tam, Tito zaczął się bać wizyt w mikro gabinecie, chociaż na przykład uwielbiał poczekalnię i spotkania z recepcjonistką i pielęgniarkami.
Tym razem do gabinetu zaprosiła go młoda i uprzejma pani vet, która nie tylko zrozumiała w czym jest problem, ale spędziła kilka minut na oswojeniu Tito ze sobą i zdobyciu jego zaufania. I chociaż nie skończyło się na jednej wizycie (bo Tito ma problemy z łapką), to każde następne spotkanie okazało się małym kroczkiem do przodu.
Już po kilku dniach widziałam, jak zmieniło się nastawienie Titozaura do wizyty u lekarza. Przerażony poprzednio pies zaczął wchodzić do gabinetu z ciekawością i rozmerdanym ogonem. Pozwalał się obmacać, osłuchać a nawet założyć sobie brzydki klosz na głowę :D
Jednym z powodów naszej wyprawy do Polski, były też dość kosztowne wizyty u weterynarza. Zależało mi, by zrobić psu prześwietlenie stawów łokciowych i biodrowych oraz wszczepić mu implant (czyli przeprowadzić tak zwaną chemiczną kastrację, odwracalny proces, który pozwoli nam opanować hormony Tito na jakiś czas i przy okazji pomoże nam podjąć decyzję, czy chcemy, czy nie chcemy kastrować Titozaura... o implancie i kastracji może kiedyś tam, innym razem). Obie te sprawy można było oczywiście załatwić u naszego edynburskiego weterynarza, ale kosztowało by nas to jeszcze ze trzy wilczaki... A jak wiadomo - każdy pretekst jest dobry, by zabrać wilka na wyprawę.
Tak więc, mając w planach wspomniane badania, umówiłam nas na wizytę u weterynarzy.
I tu zaczęły się schody. Otóż, okazało się, że Tito panikuje na widok weterynarza, strzykawki i igły. Sama strzykawka, sam weterynarz - nie sprawiają problemu. Ale w jednym zestawie, do tego jeszcze w ciasnym i dziwnie pachnącym gabinecie... oj nie, to nie dla Titozaura. Trzeba wiać. Trzeba zęby pokazać... Trzeba narobić zamieszania.
Lęk ten - w mniejszym stopniu, pojawił się już wcześniej, przy podawaniu mu kiedyś antybiotyku. Ukłuty Tito popłakał sobie troszkę. Wydawałoby się, że nie ma problemu. Ale przy kolejnej wizycie, na obowiązkowych szczepieniach zaczął się szarpać i denerwować. Daliśmy radę go przytrzymać, tak że weterynarz zrobił swoje.
Niestety w Polsce na wizycie zabrakło Mariusza. Tito okazał się zbyt silny, zbyt duży i zbyt zdesperowany jak dla mnie. W ataku paniki puściły Titowi nerwy i poszły się ... kochać... wszystkie nasze wypracowane zachowania. Puścił kaganiec. Puściły też Titowi gruczoły okołoodbytowe. Wielki pies, wielki smród i wielkie zamieszanie.
I moje zmartwienie - co teraz, jak będziemy sobie radzić z takimi sytuacjami? Jak ogarnąć psa który wpada w panikę przy wizycie u weterynarza?
Przerażony, cuchnący wilczak dostał tego dnia dwa zastrzyki, jeden z implantem, drugi z tak zwanym głupim jasiem dzięki któremu udało nam się nieprzytomnego psa ułożyć na stole do badania rentgenologicznego.
Stawy Tito zostały prześwietlone i okazały się zdrowiutkie jak trzeba. Na dowód tego dostaliśmy świstek i pieczątkę w rodowodzie.
![]() |
| Badanie stawów pod kątem dysplazji - HD A i ED 0/0 |
Zaraz następnego dnia Tito odwiedził maleńki gabinecik w Leśnicy przy ulicy Trzmielowickiej. Wspaniała pani weterynarz wpuściła go do środka, pozwoliła postać na wadze, obwąchać wszystkie kąty i jeszcze zjeść psiego biszkopta. Co więcej, słysząc o problemach Tito z zastrzykami, podarowała nam strzykawkę. Niech się chłopak przyzwyczaja do widoku takich.
Kolejną wizytę umówiliśmy sobie już u naszego weterynarza w Edynburgu. Po ostatnim leczeniu tam, Tito zaczął się bać wizyt w mikro gabinecie, chociaż na przykład uwielbiał poczekalnię i spotkania z recepcjonistką i pielęgniarkami.
Tym razem do gabinetu zaprosiła go młoda i uprzejma pani vet, która nie tylko zrozumiała w czym jest problem, ale spędziła kilka minut na oswojeniu Tito ze sobą i zdobyciu jego zaufania. I chociaż nie skończyło się na jednej wizycie (bo Tito ma problemy z łapką), to każde następne spotkanie okazało się małym kroczkiem do przodu.
Już po kilku dniach widziałam, jak zmieniło się nastawienie Titozaura do wizyty u lekarza. Przerażony poprzednio pies zaczął wchodzić do gabinetu z ciekawością i rozmerdanym ogonem. Pozwalał się obmacać, osłuchać a nawet założyć sobie brzydki klosz na głowę :D
poniedziałek, 26 stycznia 2015
W drodze
No i kolejny raz przejechaliśmy pół Europy z Ticiakiem... A właściwie - aż dwa razy. Z Edynburga do Wrocławia i z Wrocławia do Edynburga. Kilkatysięcy kilometrów, masa nowych miejsc, spotkań, doświadczeń.
Tito jak zwykle spisał
się na medal w podróży. Nie tylko polubili go konduktorzy w
pociągu, cudownie też spisywał się podczas naszego przymusowego
pobytu w hotelu w Lancaster oraz przez ponad 40 godzin spędzonych w
aucie.
Co prawda niezbyt chętnie wracał do niego po przerwach na
siku czy jedzonko, ale to samo przez się jest zrozumiałe... na
postojach przecież jest tyle interesujących zapachów i... myszki. Myszki w trawie!
![]() |
| Przymusowy postój w Lancaster, czyli Wilczak Hotelowy |
Podróżowaliśmy w świetnym towarzystwie - w jedną stronę z Blanką amerykańskim buldogiem, poznanym dawno, dawno temu... Zaskakujące, że Tito wciąż Blankę pamiętał i uwielbiał
jak szczeniak... W drugą stronę z Blanką i małym Rojo, czyli
młodszym braciszkiem, po tej samej Mamie Kalince. No i Pawłem - za kierownicą.
W Pawle
Tito tak szaleńczo był zakochany, że każde tankowanie, każda przerwa w podróży gdy na chwilę tracił Pawła z oczu było małym dramatem. Ten niepokój, ten lęk
- jak to, poszedł sobie? Już nie wróci? Ojej, ale co my zrobimy,
jak nie wróci? Ale wróci? Na pewno wróci? To ja posiedzę sobie na miejscu kierowcy i poczekam...
Chyba największym problemem i traumą w całym tym naszym ostatnim podróżowaniu były... wrocławskie tramwaje. Tito za szczeniaka miał okazję je poznać, ale po Szkocji przemieszczaliśmy się głównie pociągami i autobusami...
Tramwaje we Wrocławiu jak zawsze są masakrycznie zatłoczone i pełne dziwnych ludzi pchających się z rękami. To akurat jeszcze jakoś szczególnie nam nie przeszkadzało, ale fakt, że pies w MPK musi mieć założony kaganiec... no cóż, nie ma co się nad tym rozwodzić. Tramwaje w sumie są fajne, to kaganiec jest beee. A że Tito kaganiec poznał pierwszy raz bliżej właśnie przy okazji wizyty w Polsce i podróży tramwajem... Nie był szczególnie szczęśliwy. Ledwo nauczył się go zakładać a okazało się, że wiążą się z nim same przykrości...
Na szczęście kliker, kabanosy i kilka bananów pomogły nam jakoś sobie i z kagańcem poradzić...
![]() |
| Psiaki w aucie |
![]() |
| "Paweł poszedł? Ale wróci? Na pewno wróci?" |
Tramwaje we Wrocławiu jak zawsze są masakrycznie zatłoczone i pełne dziwnych ludzi pchających się z rękami. To akurat jeszcze jakoś szczególnie nam nie przeszkadzało, ale fakt, że pies w MPK musi mieć założony kaganiec... no cóż, nie ma co się nad tym rozwodzić. Tramwaje w sumie są fajne, to kaganiec jest beee. A że Tito kaganiec poznał pierwszy raz bliżej właśnie przy okazji wizyty w Polsce i podróży tramwajem... Nie był szczególnie szczęśliwy. Ledwo nauczył się go zakładać a okazało się, że wiążą się z nim same przykrości...
![]() |
| Tramwaje w sumie fajne, ale kaganiec proszę państwa jest beee. |
czwartek, 15 stycznia 2015
Podróże
Podróże, podróże, małe i duże... Tym razem przed nami ta duża. Kolejny raz pokonamy pół kontynentu. Wyjazd do Polski chyba jeszcze nigdy nie był tak ekscytujący.
Wilczak Tito pozwiedza stare kąty!
Wilczak Tito pozwiedza stare kąty!
czwartek, 8 stycznia 2015
Witajcie w 2015
Witajcie w Nowym Roku. W nowym, wspaniałym roku z wilczakiem:)
Jak zwykle z Titem bardzo wesoło, szczególnie, że Loki podrósł już na tyle, że jest godnym przeciwnikiem do gonitw i zapasów... Zresztą: zobaczcie sami na zdjęciach.
Jak zwykle z Titem bardzo wesoło, szczególnie, że Loki podrósł już na tyle, że jest godnym przeciwnikiem do gonitw i zapasów... Zresztą: zobaczcie sami na zdjęciach.
środa, 17 grudnia 2014
Szukaj Rysia!
Tito kocha wszystkie zabawy węchowe. Poczynając od szukania granulek suchej karmy rozsypanej w trawie, poprzez przynoszenie zabawek, które chowam przed nim, gdy on niby cierpliwie czeka w innym pokoju, aż po szukanie miejsc, ludzi i psów.
Tito, szukaj to nasza ulubiona komenda. Działa praktycznie na wszystko i prawie przy każdej okazji. Na tą komendę nos Titozaura wędruje w dół i zaczyna pracować. A nos ten jest naprawdę potężnym narzędziem.
Jakiś czas temu wybraliśmy się na spacer do jednego z okolicznych parków. Mieliśmy tam umówioną randkę ze Wspaniałym Ryśkiem - pięknym haszczakiem i równocześnie jednym z ulubionych kumpli Titozaura - oraz z jego panią Monią.
Jakoś źle pocelowałam w godzinę i przyszłam do parku kilkanaście minut za wcześne. Telefon padł, a właśnie zaczynała się burza śniegowo-gradowa. Co tu robić?
Przypomniało mi się, że Monia z Ryśkiem mieszkają niedaleko, ot w uliczce obok, raz nawet byłam u nich na minutkę, ale nie znałam adresu, nie więdząc więc który to budynek (że o mieszkaniu już nie wspomnę) postanowiłam zdać się na cudowny psi nos...
Tito oczywiście nie miał zielonego pojęcia dokąd idziemy, ale gdy wprowadziłam go we właściwą uliczkę i zapytałam gdzie jest Rysiek? Tito szukaj Rysia - okazał się urodzonym tropicielem.
Nie tylko wybrał właściwą bramę jakieś sto metrów dalej, ale również bez wahania pokonał łapą niedomykające się drzwi z domofonem. Po czym zaciągnął mnie po schodach na górę. Chwilkę zamarudził na pierwszym piętrze, potem jednak wybrał się na kolejne, gdzie szaleńczym merdaniem ogona przywitał wilgotny ręcznik i w końcu skoczył na drzwi jednego z kilku mieszkań.
Wtedy zwątpiłam... Muszę przyznać, iż pomyślałam sobie, że nie był to mój najlepszy pomysł. No bo co ja właściwie robię? Komuś się do domu pakuję? Jeszcze do tego z psem który wygląda jak wilk, cały jest mokry i nakręcony na zabawę... A jeśli właściciel tego mieszkania nie lubi psów? Albo na przyład ma kota?
Ale po drugiej stronie drzwi usłyszałam cichutkie, subtelne drapanie.
No nie to musiał być Rysiek, żaden inny pies nie ma w sobie tyle gracji. Tylko on mógłby drapać z takim wdziękiem i taktem...
Ale jeśli to jednak kot... ? Będziemy udawać, że pomyliliśmy mieszkania! Zresztą, co tam! Żadne udawać, przecież rzeczywiście pomyliliśmy! Trzeba tylko zapukać i się przekonać.
Ile radości, ile miłości, jakież szaleństwo dzikie, gdy się chłopaki spotkały na klatce schodowej. A Monia - tak jak i ja - była nieźle zaskoczona.
W nagrodę Tito poszedł na spacer z Ryszardem, spacer w zadymce. I mógł ganiać się do woli po nagle opustoszałym, wybielonym parku.
A przy następnej wizycie w tej samej uliczce już bez zastanowienia zaciągnął mnie pod właściwą bramę, a potem jakby zdziwiony był i rozczarowany, że nie tego od niego oczekiwałam...
Ech, ten mój wilczak.
Tito, szukaj to nasza ulubiona komenda. Działa praktycznie na wszystko i prawie przy każdej okazji. Na tą komendę nos Titozaura wędruje w dół i zaczyna pracować. A nos ten jest naprawdę potężnym narzędziem.
Jakiś czas temu wybraliśmy się na spacer do jednego z okolicznych parków. Mieliśmy tam umówioną randkę ze Wspaniałym Ryśkiem - pięknym haszczakiem i równocześnie jednym z ulubionych kumpli Titozaura - oraz z jego panią Monią.
Jakoś źle pocelowałam w godzinę i przyszłam do parku kilkanaście minut za wcześne. Telefon padł, a właśnie zaczynała się burza śniegowo-gradowa. Co tu robić?
Przypomniało mi się, że Monia z Ryśkiem mieszkają niedaleko, ot w uliczce obok, raz nawet byłam u nich na minutkę, ale nie znałam adresu, nie więdząc więc który to budynek (że o mieszkaniu już nie wspomnę) postanowiłam zdać się na cudowny psi nos...
Tito oczywiście nie miał zielonego pojęcia dokąd idziemy, ale gdy wprowadziłam go we właściwą uliczkę i zapytałam gdzie jest Rysiek? Tito szukaj Rysia - okazał się urodzonym tropicielem.
Nie tylko wybrał właściwą bramę jakieś sto metrów dalej, ale również bez wahania pokonał łapą niedomykające się drzwi z domofonem. Po czym zaciągnął mnie po schodach na górę. Chwilkę zamarudził na pierwszym piętrze, potem jednak wybrał się na kolejne, gdzie szaleńczym merdaniem ogona przywitał wilgotny ręcznik i w końcu skoczył na drzwi jednego z kilku mieszkań.
Wtedy zwątpiłam... Muszę przyznać, iż pomyślałam sobie, że nie był to mój najlepszy pomysł. No bo co ja właściwie robię? Komuś się do domu pakuję? Jeszcze do tego z psem który wygląda jak wilk, cały jest mokry i nakręcony na zabawę... A jeśli właściciel tego mieszkania nie lubi psów? Albo na przyład ma kota?
Ale po drugiej stronie drzwi usłyszałam cichutkie, subtelne drapanie.
No nie to musiał być Rysiek, żaden inny pies nie ma w sobie tyle gracji. Tylko on mógłby drapać z takim wdziękiem i taktem...
Ale jeśli to jednak kot... ? Będziemy udawać, że pomyliliśmy mieszkania! Zresztą, co tam! Żadne udawać, przecież rzeczywiście pomyliliśmy! Trzeba tylko zapukać i się przekonać.
Ile radości, ile miłości, jakież szaleństwo dzikie, gdy się chłopaki spotkały na klatce schodowej. A Monia - tak jak i ja - była nieźle zaskoczona.
W nagrodę Tito poszedł na spacer z Ryszardem, spacer w zadymce. I mógł ganiać się do woli po nagle opustoszałym, wybielonym parku.
A przy następnej wizycie w tej samej uliczce już bez zastanowienia zaciągnął mnie pod właściwą bramę, a potem jakby zdziwiony był i rozczarowany, że nie tego od niego oczekiwałam...
Ech, ten mój wilczak.
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Treningi z Tito
Obiecane zdjęcia z treningów Titozaura u Gosi z Dogs & the City (więcej zdjęć z zajęć tutaj)... Miłego oglądania!
![]() |
| Wszystkie zdjęcia W. Dogs&theCity |
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















.jpg)
































