czwartek, 5 lutego 2015

Strach przed weterynarzem

A skoro już piszemy o traumie i  kagańcu, trzeba by wspomnieć o titorowym lęku przed weterynarzem...

Jednym z powodów naszej wyprawy do Polski, były też dość kosztowne wizyty u weterynarza. Zależało mi, by zrobić psu prześwietlenie stawów łokciowych i biodrowych oraz wszczepić mu implant (czyli przeprowadzić tak zwaną chemiczną kastrację, odwracalny proces, który pozwoli nam opanować hormony Tito na jakiś czas i przy okazji pomoże nam podjąć decyzję, czy chcemy, czy nie chcemy kastrować Titozaura... o implancie i kastracji może kiedyś tam, innym razem). Obie te sprawy można było oczywiście załatwić u naszego edynburskiego weterynarza, ale kosztowało by nas to jeszcze ze trzy wilczaki... A jak wiadomo - każdy pretekst jest dobry, by zabrać wilka na wyprawę.

Tak więc, mając w planach wspomniane badania, umówiłam nas na wizytę u weterynarzy.

I tu zaczęły się schody. Otóż, okazało się, że Tito panikuje na widok weterynarza, strzykawki i igły. Sama strzykawka, sam weterynarz - nie sprawiają problemu. Ale w jednym zestawie, do tego jeszcze w ciasnym i dziwnie pachnącym gabinecie... oj nie, to nie dla Titozaura. Trzeba wiać. Trzeba zęby pokazać... Trzeba narobić zamieszania.
Lęk ten - w mniejszym stopniu, pojawił się już wcześniej, przy podawaniu mu kiedyś antybiotyku. Ukłuty Tito popłakał sobie troszkę. Wydawałoby się, że nie ma problemu. Ale przy kolejnej wizycie, na obowiązkowych szczepieniach zaczął się szarpać i denerwować. Daliśmy radę go przytrzymać, tak że weterynarz zrobił swoje.
Niestety w Polsce na wizycie zabrakło Mariusza. Tito okazał się zbyt silny, zbyt duży i zbyt zdesperowany jak dla mnie. W ataku paniki puściły Titowi nerwy i poszły się ... kochać... wszystkie nasze wypracowane zachowania. Puścił kaganiec. Puściły też Titowi gruczoły okołoodbytowe. Wielki pies, wielki smród i wielkie zamieszanie.
I moje zmartwienie - co teraz, jak będziemy sobie radzić z takimi sytuacjami? Jak ogarnąć psa który wpada w panikę przy wizycie u weterynarza?

Przerażony, cuchnący wilczak dostał tego dnia dwa zastrzyki, jeden z implantem, drugi z tak zwanym głupim jasiem dzięki któremu udało nam się nieprzytomnego psa ułożyć na stole do badania rentgenologicznego.
Stawy Tito zostały prześwietlone i okazały się zdrowiutkie jak trzeba. Na dowód tego dostaliśmy świstek i pieczątkę w rodowodzie.
Badanie stawów pod kątem dysplazji - HD A i ED 0/0
A żeby poradzić sobie z problemami Tita z weterynarzem... zaczęliśmy wizytować okoliczne gabinety.
Zaraz następnego dnia Tito odwiedził maleńki gabinecik w Leśnicy przy ulicy Trzmielowickiej. Wspaniała pani weterynarz wpuściła go do środka, pozwoliła postać na wadze, obwąchać wszystkie kąty i jeszcze zjeść psiego biszkopta. Co więcej, słysząc o problemach Tito z zastrzykami, podarowała nam strzykawkę. Niech się chłopak przyzwyczaja do widoku takich.
Kolejną wizytę umówiliśmy sobie już u naszego weterynarza w Edynburgu. Po ostatnim leczeniu tam, Tito zaczął się bać wizyt w mikro gabinecie, chociaż na przykład uwielbiał poczekalnię i spotkania z recepcjonistką i pielęgniarkami.
Tym razem do gabinetu zaprosiła go młoda i uprzejma pani vet, która nie tylko zrozumiała w czym jest problem, ale spędziła kilka minut na oswojeniu Tito ze sobą i zdobyciu jego zaufania. I chociaż nie skończyło się na jednej wizycie (bo Tito ma problemy z łapką), to każde następne spotkanie okazało się małym kroczkiem do przodu.
Już po kilku dniach widziałam, jak zmieniło się nastawienie Titozaura do wizyty u lekarza. Przerażony poprzednio pies zaczął wchodzić do gabinetu z ciekawością i rozmerdanym ogonem. Pozwalał się obmacać, osłuchać a nawet założyć sobie brzydki klosz na głowę :D




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

obraźliwe komentarze będą usuwane