Jakiś czas temu przerabialiśmy z Tito
problem z kością...
Naczytałam się wcześniej o tym, że
wilczaki potrafią sprawiać kłopoty i być zaborcze jeśli chodzi o
pełną jedzenia miskę... no więc byłam jako tako gotowa, kiedy
Tito przy jedzeniu surowej kości pokazał mi zęby i zaczął na mnie warczeć.
Lekko nie było, ale jakoś tam sobie z tym poradziliśmy. Jak przystało na pełną poświęcenia psiarę, przez tydzień,
dzień w dzień siedziałam ze szczeniakiem godzinami w kuchni
trzymając mu kość, którą obgryzał z resztek mięsa. Z czasem Tito się nauczył, że mogę mu tą kość w dowolnym momencie zabrać,
albo zamienić na coś innego. Chyba zrozumiał, że zawsze jednak
dostanie ją z powrotem, tak samo jak swoją miskę czy inne rzeczy,
na których z nim trenowałam.
Warczeć przestał, ale jak znam życie, jeszcze ten temat powróci, nie raz...
Warczeć przestał, ale jak znam życie, jeszcze ten temat powróci, nie raz...
Możliwość wyjęcia czegoś – czegokolwiek – psu z pyska, to niby nic wielkiego, ale przydaje się nie raz, chociażby na spacerach. Wyciągałam już Ticiakowi z mordy zdechłą mewę, kamienie, szkło, wodorosty i rożne dziwne świństwa... Jednak odbieranie psu... odbieranie wilczakowi pożywienia, to trochę inna bajka. Wszystkich chętnych mocnych wrażeń, zapraszam do spróbowania.
Gwarantuję, że i was może to maleństwo nieźle zaskoczyć...
Tak jak mnie dzisiaj.
Na spacerze Tito wytargał z krzaków wielką kość. Starą, śmierdzącą i gigantyczną. Chyba z mamuta. Przybiegł mi ją pokazać, a potem, jak już zobaczyłam, zachwyciłam się, czy raczej krzyknęłam na niego – z ogonem sztywnym i prostym jak ten oto myślnik – pognał prosto przed siebie, licząc na to, że będę go gonić, ale chyba także na to, że nie będę w stanie go złapać.
Na spacerze Tito wytargał z krzaków wielką kość. Starą, śmierdzącą i gigantyczną. Chyba z mamuta. Przybiegł mi ją pokazać, a potem, jak już zobaczyłam, zachwyciłam się, czy raczej krzyknęłam na niego – z ogonem sztywnym i prostym jak ten oto myślnik – pognał prosto przed siebie, licząc na to, że będę go gonić, ale chyba także na to, że nie będę w stanie go złapać.
Zapomniał biedaczysko, że ciągnie
się za nim kilkumetrowa linka i że ja tą linkę mogę po prostu
przydepnąć, a potem ściągnąć go do siebie.
Tito chyba był w szoku, bo kość po
prostu upuścił i zaczął do mnie ogonkiem merdać. Jakby
spodziewał się, że będę mu to świństwo śmierdzące
przytrzymywać, żeby mu łatwiej było obgryzać... więc może
zadziałały lekcje dawane w kuchni?
A może po prostu mój wilczak mi ufa?
Tudzież bestia już mnie rozgryzła i
wie, że nie ma o co ze mną walczyć. Bo ja proszę państwa jestem
wegetarianką.
Jak by nie było – zdobyczna kość...
no cóż, powędrowała do kosza.
Jeden-zero dla mnie.



























