Pamiętam, że gdy pierwszy raz zobaczyłam czechosłowackie wilczaki, pomyślałam sobie coś w rodzaju oooo jaaaa ... ale piękne! Było to na jednej z wrocławskich wystaw psów rasowych, gdzieś tam na ścieżce spotkała się grupka ludzi i grupka wilczaków. Wyciągnęłam aparat, by pstryknąć jakieś zdjęcia - ludzie zaczęli się pozdrawiać a psy... a psy pokazały sobie zęby na powitanie.
I były to największe zęby jakie w życiu widziałam.
Odruchowo zrobiłam krok do tyłu, bo wśród burasów na chwilę nieźle się zakotłowało.
Pamiętam też, że moją druga myślą było bardzo brzydkie, acz dosadne słowo i coś w rodzaju... nie no, takiego potwora to bym nie chciała!
No i co - kilka lat później zakochałam się w tych potworach po uszy.
Zapadła decyzja - musi być wilczak czechosłowacki, żaden inny pies.
Zaczęło się oglądanie filmów, zdjęć, czytanie artykułów w internecie, poznawanie historii rasy. A potem rozpoczęła się intensywna wymiana maili z lokalnym Kennel Clubem, znajomymi psiarzami i tak dalej...
Dość szybko okazało się, że Operacja Wilczak, to nie jest taka prosta sprawa.
Po pierwsze, w kraju w którym mieszkam, w Wielkiej Brytanii, czechosłowacki wilczaki nie są rozpoznane jako rasa. Oznacza to, że nigdzie w okolicy nie będę mogła znaleźć hodowli z prawdziwego zdarzenia. A i na spotkanie jakichś wilczaków i ich właścicieli - nie bardzo mam co liczyć.
Przekonałam się zresztą szybko - że w UK hodowle wilczaków są, ale czy hodują one wilczaki - bardzo trudno powiedzieć. W sieci znalazłam różne, bardzo sprzeczne informacje, a krótka wymiana maili z jednym z tutejszych "hodowców" uzmysłowiła mi, że są to ludzie nastawieni jedynie na zysk, gotowi sprzedać swoje szczeniaki każdemu, kto może za nie zapłacić wymaganą cenę.
Bez zadawania pytań.
Bez wnikania, do jakiego domu, do jakiej osoby, po co, gdzie... jedyna kwestia która się liczy to za ile, za ile, za ile?
Postanowiłam więc, że jeśli ma to być wilczak, to tylko z zagranicznej, uznanej przez FCI hodowli. A skoro już i tak mamy szukać psa poza UK, to żeby było łatwiej - zacznijmy od Polski... (nie, żebym nie sprawdzała ogłoszeń ze stron czeskich i słowackich, ale przyznam szczerze, żadne z nich nie wzbudziło mojego zaufania).
Na szczęście hodowli wilczaków czechosłowackich w Polsce jest cała masa. Dobrych hodowli. Hodowli pełnych pięknych i szczęśliwych psów. Zaczęłam więc rozsyłać zapytania o planowane mioty, ale odpowiedzi jakoś dziwnie nie przychodziły. A te dwie, czy trzy propozycje które zaczynały się od podania ceny za szczeniaka od razu wyrzuciłam do kosza.
Nie rozumiałam jednak, dlaczego inne hodowle nie odpisywały? Czy to zadawałam złe pytania, czy też trafiłam na okres, gdy nic a nic się nie rodziło, lub wszystkie szczenięta były już od dawna "zaklepane"???
Pomogli mi moi przyjaciele psiarze i szczęśliwy zbieg okoliczności.
Okazało się, że owszem, jest hodowca, który planuje szczeniaczki na początku 2013 roku. Co więcej, hodowla zlokalizowana jest blisko mojego rodzinnego domu.
Atropa Bella Donna została mi polecona przez ludzi, którym ufam i których wiedzę o psach szanuję i podziwiam. Wystarczyło tylko napisać maila i trzymać kciuki za odpowiedź.
I czekać... i czekać...
Odpowiedź przyszła prawie natychmiast. I nie była to krótka, zdawkowa informacja o planowanym miocie i przewidywanej cenie... Od Ewy, właścicielki hodowli dostałam od razu całą masę wiadomości. Na moje 500 pytań otrzymałam 1000 odpowiedzi.
No i nie wszystkie brzmiały tak jak, bym chciała.
Po kilku kilometrach wymienionych wiadomości, po przebrnięciu przez różne wątki na forum
wolfdog.org oraz odwiedzeniu setek stron internetowych, zaczęłam zadawać sobie pytanie, czy ja aby na pewno wiem co robię? Bo okazało się, że
trudnością jest nie tylko znalezienie szczeniaka i sprowadzenie go do Wielkiej Brytanii. Sam wilczak jest jednym wielkim generatorem problemów.
Na szczęście Ewa wcale tego przede mną nie ukrywała. Pisała mi o wszystkim, o charakterze psów, kłopotach z wychowaniem, kosztach utrzymania, problemach zdrowotnych rasy. I przede wszystkim o tym, jak wiele będę musiała od siebie wymagać jako przyszły przewodnik czechosłowackiego wilczaka.
Im więcej wiedziałam, tym mniej byłam pewna tego, czy aby na pewno wilczak jest rasą dla mnie... Ale też, im więcej wiedziałam, tym bardziej... no, tym bardziej się mi serce do tych wilczaków rwało.
Więc kiedy Ewa oznajmiła mi, że zrobiliśmy sobie szczeniaki i kiedy okazało się, że zrobiliśmy je sobie w moje urodziny - potraktowałam to jako znak. Wiedziałam już, że przepadło.
Zaklepane.
Będę miała psa.