piątek, 28 czerwca 2013

Miot T, czyli Tranquilaki

Potem już tylko ostatnie formalności: wilczakowe kluchy odbyły pierwsze szczepienia, testy szczeniąt, z kundelków awansowały na psy rasowe. W hodowli też zapadła decyzja: gdzie które zamieszka, kto zostanie przewodnikiem małej wariatki Morelki, a kto najlepiej zajmie się pluszakiem Stonem...
No i nadawanie oficjalnych imion rodowodowych. Imiona te - jak już wcześniej wspomniałam - miały brzmieć z hiszpańska.

Miot T został zarejestrowany pod przydomkiem Tranquilo, co oznacza spokojny, cichy.
Podobno zresztą szczenięta były właśnie takie przez większość czasu - ciche, spokojne, kochane i bezproblemowe.
Dostały też ciche, spokojne i romantyczne imiona rodowodowe. Nie znajdziecie w nich żadnego mroku, śmierci, złych demonów, nie ma też darcia ryja do księżyca czy zakrwawionych kłów, rozszarpanych zwłok czy ponurych klimatów.

No więc przedstawmy wreszcie porządnie i jak przystło - Miot T, ojciec: ART z Viktoriinej záhrady i pani matka: K-LEE VORNJA z Peronówki. Suczki, według kolejności urodzenia:
TRANQUILA ROCA EN LA LLUVIA (Morelka vel Tavishi)
TRANQUILA PATA DE PLATA (Cherrinka)
TRANQUILA AURORA DEL NORTE (Canarinio vel Tana)
I pieski, również według kolejności urodzenia:
TRANQUILO TIO TINTO (Rudi vel Tito)
TRANQUILO RAYO DE SOL (Stone vel Ray)
TRANQUILO BRISA DE VERANO (Miętus vel Hicks)

Cała wataha razem, fot. M.I. Parcewicz 

Już wtedy zostało zaklepane, że ten wielki i rudy zamieszka u mnie. Tranquilo Tio Tinto Atropa Bella Donna. Niegdyś Rudi, ten koleś z rudym sznureczkiem na szyi, teraz Tito...
A potem się młode Tranquilki zaczęły rozjeżdżać do nowych domków, do Krakowa, do Łodzi, do Torunia, do Warszawy, a nawet do Holandii.... W hodowli został tylko Tito, ze starszą siostrą Lilką i z mamą Kalinką.

Tranquilo Tio Tinto Atropa Bella Donna, Gran Rosa Amiga Atropa Bella Donna i K-Lee Vornja z Peronówki  (fot. Michał Wilu Wilczyński)

Zaczął się kolejny etap rozwoju szczeniaka... oraz moich przygotowań na pierwsze z nim spotkanie.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Są szczeniaki, czyli pierwsze tygodnie

Euro-szczeniaki urodziły się dziewięć tygodni później. Bladym kwietniowym świtem. Było ich sześć, idealne małe stadko: trzech chłopców i trzy dziewczynki. Cały poród trwał dwie i pół godziny i został udokumentowany fotograficznie:


fot. M.I. Parcewicz (wszystkie niepodpisane zdjęcia poniżej też przez nią zrobione, dziękuję:))

Kalinka to już doświadczona mama i pięknie zajęła się berbeciami. Poza tym wszystkie szczeniaczki zostały zważone, zbadane i otrzymały swoje pierwsze, domowe imiona. 

Najpierw więc przedstawmy panienki:

oto Cherrinka,

oraz Morelka

i Canarinio...

A teraz – kawalerowie:

Rudi,

Stone

i Miętusek.

Już jako czterodniowe pulpeciki małe wilczaczki rozpoczęły intensywną socjalizację, zostały wykochane, wygłaskane przez dwóch młodzieńców... i najwyraźniej bardzo im to się podobało.

Miot T hodowla, fot. Ewa, Atropa Bella Donna 

W wieku dwóch tygodni otworzyły oczka

Oczka są otwarte, ale maluchy wciąż jeszcze najchętniej by spały

W wieku trzech tygodni odkryły ogródek, 
Pierwszy raz w plenerze

i wzięły udział w kolejnej sesji fotograficznej... no i zaczęły poznawać świat na własną łapę. Chyba też zaczęły wprowadzać w życie Ewy i jej watahy tak zwany czynnik destrukcji, czyli inaczej mówiąc: uprawiać szczeniakową demolkę. Co widać na załączonym obrazku:

Miot T - mimo że łobuzują przydomek miotu "Tranquilo" - świetnie je opisuje. 

W wieku czterech tygodni maluchy miały już uszka na sztorc i ... ogródek na wyłączność.


  
A niedługo potem zdobyły też kolejne doświadczenia w wilczakowym modelingu:

Fot. Katka AnimalMedia

Ewa, znająca moją fotograficzną pasję, od początku obiecywała mi, że szczeniaczki będą oswajane z aparatem, ale przyznam szczerze, że takiego zaangażowania się nie spodziewałam. To chyba właśnie ilość zdjęć, ilość ludzi zainteresowanych tym co tam u małych słychać, przekonały mnie do tego, by założyć Titowego bloga :)
Zresztą miot T oswajany był nie tylko z aparatem fotograficznym. Ewa postanowiła przygotować swoje szczenięta - na wszystko. Tak, dokładnie: na wszystko. Socjalizacyjne party dla sześciotygodniowych szczeniąt pełne było prezentów, łupów, gwiazd rocka, dziwaków i superbohaterów.

T jak Tranquilo czy T jak Tornado? Party socjalizacyjne dla szczeniaków, fot. D. Zdrojewska

Jak widać, w hodowli Atropa Bella Donna szczeniaki dorastają wśród ludzi u których można liczyć na radosne szaleństwo i na sto procent zaangażowania...

Uff, trochę się rozpisałam, trochę też różnych zdjęć pododawałam... 
Prawda jest taka, że im więcej zdjęć widziałam, tym bardziej się w tych szczeniorkach zakochiwałam. Wciąż nie mając pewności który z nich zamieszka ze mną - postanowiłam dopingować całą szóstkę równie serdecznie.

Niech duże rosną!

sobota, 22 czerwca 2013

Wilczakowe Luperkalia

Dla zainteresowanych - to około-urodzinowe, około-walentynkowe robienie szczeniaków wyglądało tak:

K-LEE VORNJA z Peronówki i Art z Viktoriinej záhrady (fot. Ewa, Atropa Bella Donna)

W sumie zabawne, że to robienie szczeniaków przypadło również na ten sam termin co starorzymskie święto wilczycy i płodności. Nasze wilczakowe Luperkalia miały jednak miejsce nie w Rzymie, a we francuskim Strasburgu. Żeby bardziej skomplikować sprawę - Art, który na co dzień mieszka we Francji, pochodzi ze słowackiej linii hodowlanej.
A Ewa, która kocha hiszpański już dużo wcześniej postanowiła, że rodowodowe imiona szczeniaków będą właśnie w tym języku... zresztą, jeśli o rodowodowe imię chodzi to... to też jest cała historia, która ciągnęła się długie, bardzo dłuuugie tygodnie. Więc może lepiej odpuszczę ją sobie.
Trzeba oszczędzać szanownych czytelników :)

No, ale, ale, wracając do Luperkaliów. Co z tego wyszło? Prawdziwe euro-psiaki!
Polsko-francusko-czechosłowackie wilczaki o hiszpańsko brzmiących imionach, a wśród nich ten jeden który zamieszka w Szkocji.

piątek, 21 czerwca 2013

Jak to się zaczęło, czyli kilka słów o tym, że wcale nie chciałam mieć wilczaka...

Pamiętam, że gdy pierwszy raz zobaczyłam czechosłowackie wilczaki, pomyślałam sobie coś w rodzaju oooo jaaaa ... ale piękne! Było to na jednej z wrocławskich wystaw psów rasowych, gdzieś tam na ścieżce spotkała się grupka ludzi i grupka wilczaków. Wyciągnęłam aparat, by pstryknąć jakieś zdjęcia - ludzie zaczęli się pozdrawiać a psy... a psy pokazały sobie zęby na powitanie.
I były to największe zęby jakie w życiu widziałam.
Odruchowo zrobiłam krok do tyłu, bo wśród burasów na chwilę nieźle się zakotłowało. 
Pamiętam też, że moją druga myślą było bardzo brzydkie, acz dosadne słowo i coś w rodzaju... nie no, takiego potwora to bym nie chciała!
No i co - kilka lat później zakochałam się w tych potworach po uszy.
Zapadła decyzja - musi być wilczak czechosłowacki, żaden inny pies.

Zaczęło się oglądanie filmów, zdjęć, czytanie artykułów w internecie, poznawanie historii rasy. A potem rozpoczęła się intensywna wymiana maili z lokalnym Kennel Clubem, znajomymi psiarzami i tak dalej...
Dość szybko okazało się, że Operacja Wilczak, to nie jest taka prosta sprawa.
Po pierwsze, w kraju w którym mieszkam, w Wielkiej Brytanii, czechosłowacki wilczaki nie są rozpoznane jako rasa. Oznacza to, że nigdzie w okolicy nie będę mogła znaleźć hodowli z prawdziwego zdarzenia. A i na spotkanie jakichś wilczaków i ich właścicieli - nie bardzo mam co liczyć.
Przekonałam się zresztą szybko - że w UK hodowle wilczaków są, ale czy hodują one wilczaki - bardzo trudno powiedzieć. W sieci znalazłam różne, bardzo sprzeczne informacje, a krótka wymiana maili z jednym z tutejszych "hodowców" uzmysłowiła mi, że są to ludzie nastawieni jedynie na zysk, gotowi sprzedać swoje szczeniaki każdemu, kto może za nie zapłacić wymaganą cenę.
Bez zadawania pytań.
Bez wnikania, do jakiego domu, do jakiej osoby, po co, gdzie... jedyna kwestia która się liczy to za ile, za ile, za ile?
Postanowiłam więc, że jeśli ma to być wilczak, to tylko z zagranicznej, uznanej przez FCI hodowli. A skoro już i tak mamy szukać psa poza UK, to żeby było łatwiej - zacznijmy od Polski... (nie, żebym nie sprawdzała ogłoszeń ze stron czeskich i słowackich, ale przyznam szczerze, żadne z nich nie wzbudziło mojego zaufania).
Na szczęście hodowli wilczaków czechosłowackich w Polsce jest cała masa. Dobrych hodowli. Hodowli pełnych pięknych i szczęśliwych psów. Zaczęłam więc rozsyłać zapytania o planowane mioty, ale odpowiedzi jakoś dziwnie nie przychodziły. A te dwie, czy trzy propozycje które zaczynały się od podania ceny za szczeniaka od razu wyrzuciłam do kosza.
Nie rozumiałam jednak, dlaczego inne hodowle nie odpisywały? Czy to zadawałam złe pytania, czy też trafiłam na okres, gdy nic a nic się nie rodziło, lub wszystkie szczenięta były już od dawna "zaklepane"???

Pomogli mi moi przyjaciele psiarze i szczęśliwy zbieg okoliczności.  
Okazało się, że owszem, jest hodowca, który planuje szczeniaczki na początku 2013 roku. Co więcej, hodowla zlokalizowana jest blisko mojego rodzinnego domu. Atropa Bella Donna została mi polecona przez ludzi, którym ufam i których wiedzę o psach szanuję i podziwiam. Wystarczyło tylko napisać maila i trzymać kciuki za odpowiedź.
I czekać... i czekać...

Odpowiedź przyszła prawie natychmiast. I nie była to krótka, zdawkowa informacja o planowanym miocie i przewidywanej cenie... Od Ewy, właścicielki hodowli dostałam od razu całą masę wiadomości. Na moje 500 pytań otrzymałam 1000 odpowiedzi.
No i nie wszystkie brzmiały tak jak, bym chciała. 
Po kilku kilometrach wymienionych wiadomości, po przebrnięciu przez różne wątki na forum wolfdog.org oraz odwiedzeniu setek stron internetowych, zaczęłam zadawać sobie pytanie, czy ja aby na pewno wiem co robię? Bo okazało się, że trudnością jest nie tylko znalezienie szczeniaka i sprowadzenie go do Wielkiej Brytanii. Sam wilczak jest jednym wielkim generatorem problemów. 
Na szczęście Ewa wcale tego przede mną nie ukrywała. Pisała mi o wszystkim, o charakterze psów, kłopotach z wychowaniem, kosztach utrzymania, problemach zdrowotnych rasy. I przede wszystkim o tym, jak wiele będę musiała od siebie wymagać jako przyszły przewodnik czechosłowackiego wilczaka.
Im więcej wiedziałam, tym mniej byłam pewna tego, czy aby na pewno wilczak jest rasą dla mnie... Ale też, im więcej wiedziałam, tym bardziej... no, tym bardziej się mi serce do tych wilczaków rwało.

Więc kiedy Ewa oznajmiła mi, że zrobiliśmy sobie szczeniaki i kiedy okazało się, że zrobiliśmy je sobie w moje urodziny - potraktowałam to jako znak. Wiedziałam już, że przepadło.
Zaklepane.
Będę miała psa.