środa, 27 listopada 2013

Jesień pełną parą

Jesień oznacza dla nas krótsze dni, i jakby mniej czasu na wszystko, ale też staramy się wykorzystać każdą wolną chwilę tak bardzo jak się da.
Są więc długie i krótkie spacery w parkach gdzie - jeśli akurat nie pada - jeszcze można zobaczyć ostatnie cudnie złociste drzewa.




Jest też mnóstwo zabawy, nie tylko z psami (co możecie obejrzeć na filmiku poniżej)
ale i z piłeczkami, szarpakami, ukrytymi smakołykami... są nowe sztuczki, nowe umiejętności, oraz nowe stare potwory też (uwaga: odkurzacz!), na szczęście idzie nam z nimi co raz to lepiej...
Zaczęliśmy też nowe szkolenie, o tym może później, jak już się trochę bardziej rozkręci cała sprawa...

sobota, 23 listopada 2013

Nowe umiejętności Titka...

Siedmiomiesięczny szczeniak opanował kilka nowych, niezbędnych do życia umiejętności.
Trzeba więc się pochwalić troszkę:
Otóż Tito pięknie potrafi zrobić "boczek" i "kółeczko", a jeszcze lepiej radzi sobie z rozlewaniem mojej kawy i spijaniem jej resztek ze stolika. Jest mistrzem podkradania zabawek innym psom oraz specjalistą z wyszukiwania skrytek dla kości, zakopywania jej w sofie, w fotelu, w wannie i w naszym łóżku.

No właśnie, jak to jest, jak mam to rozumieć, to wyszukiwanie skrytek dla kości?
To gromadzenie zapasów?
Czy to znaczy, że zima będzie sroga?

środa, 13 listopada 2013

O Potworach

Od ostatniego wpisu minął ponad miesiąc... jednak brak notatek na blogu nie oznacza wcale, że życie nam toczyło się cicho i spokojnie, czy też że nic się nie działo.
Działo się, oj, działo...
Przede wszystkim Tito skończył pół roku, zaliczył pierwszy semestr szkolenia z Nadine (Jaffa's School for Dogs), popisowo wykonując zestaw podstawowych komend – siad, leżeć, zostań i zostaw – mimo, że obok wierciło się kilku innych czworonogich i dwunogich studentów...
Tito zaliczył też ostrą biegunkę i odwiedziny u szkockiego weterynarza, co omal nie skończyło się moim bankructwem...
Mój mały wilczak przestał tak naprawdę być mały. W wieku sześciu miesięcy przerósł większość okolicznych psiaków. Wkroczył też w wiek gdy świat przestaje być miejscem zabaw i igraszek... zaczęły się w nim bowiem pojawiać Potwory.
Owszem. Potwory, które spotykała wcześniej siostrzyczka Cherrinka (przeczytać możecie tutaj), zawitały także do Edynburga...

Pierwszym takim Potworem był... Wielki Czarny Worek. Dokładnie taki sam, jak te pełne smacznych niespodzianek, które czasem nasi sąsiedzi zostawiają na klatce schodowej. Dokładnie taki jak ten, do którego Tito tak rozpaczliwie próbuje się dobrać przez ostatni miesiąc... w naszej kuchni! Tyle, że Wielki Czarny Worek stał sobie pośrodku ulubionego parku. Wyglądał złowrogo: dziwnie, niepokojąco... no i przede wszystkim był całkowicie nie na miejscu! No bo gdzie park, a gdzie klatka schodowa. Gdzie park, a gdzie upragniony kosz na śmieci?
Jak przystało na ostrożnego lecz nieustraszonego wilczaka,Tito Wielki Czarny Worek obszczekał. Z dystansu.
Obszczekał. Tak, tak, ponoć wilczaki nie szczekają, ale ten nasz, chyba nigdy o tym nie słyszał.
No i dystans zachowywał z uporem – nie podejdę i już. Ani smaczek, ani słowna zachęta nie były w stanie go przekonać. Pociągnięcie smyczą w przypadku tego uparciucha można skreślić z miejsca. Nic z tego, posiedzę tu sobie, niech się wali i pali... Technika „obejścia Potwora bokiem” i „podejście z innej strony” też nie zadziałała... Całkiem jakby Titowi ktoś zakopał ogon w alejce parkowej.
Postanowiłam więc wykazać się odwagą, zostawiłam Ticiaka na komendę „czekaj” i – z duszą na ramieniu, bo a nuż wilczak uzna, że to moment kiedy należy oddalić się w nieznanym kierunku – zbliżyłam się do Potwora... Wielki Czarny Worek pełen był zeschniętych liści. Sprawdziłam dokładnie.
Do tej pory nie wiem, czy to moja odwaga zachęciła szczeniaka, czy może przywołanie zadziałało jak trzeba.... czy też Tito wykombinował, że jeśli w Pot-worku jest coś jadalnego, to ja to mu zabiorę, jak to już kilka razy bywało ze zwykłymi workami... faktem jest, że Tito nie tylko do worka się zbliżył, ale też wsadził w niego łeb i spróbował rozszarpać go i roznieść na wszystkie strony.

Kolejnymi Potworami byli ludzie. Ludzie w dziwnych pozach. Ćwiczący na łące mężczyzna – został obszczekany. Wiążąca buta dziewczyna – obszczekana... na szczęście w obu przypadkach Potwory okazały się bardzo przyjazne i chętne do zabawy. Potworna Pani owinięta wielkim szalikiem dała nawet Ticiakowi smrodliwego smaczka...

Największym problemem okazała się... sztuczna krowa.
Pozostałość po edynburskiej CowParade z 2006 roku. Stoi sobie taka jedna w kawiarnio-galerii obok jednego z parków do którego chodzimy na spacery... Tito spostrzegł ją, przez przeszklone drzwi ostatniego wieczora...
Obszczekał... to mało powiedziane. Burczenie, szczekanie, warczenie brzmiało zupełnie nie po szczeniacku. I niosło się po całej ulicy. Trzy razy przeszliśmy obok przeszklonych drzwi, a Tito wciąż nie mógł się uspokoić. Wreszcie, uzbrojona w super-kięłbaskę zdecydowałam się wejść z psiakiem do środka i najwyżej tłumaczyć się potem z tego srogo.


Tito uspokoił się dopiero wtedy, gdy zobaczył, że głaszczę krowę po rogach. Podszedł wtedy grzecznie, obwąchał, pomerdał ogonem, zjadł smaczka i... poszedł się witać z innym szczeniakiem. Nie tylko Potwór okazał się kompletnie niegroźnym, ale też odkryliśmy, że miejsce jego zamieszkania jest kolejnym przyjaznym dla psów lokalem.

Na pewno lista naszych Potworów jeszcze się wydłuży. Żeby nie było wątpliwości - walczyć z nimi będziemy do upadłego! 

niedziela, 6 października 2013

Wypad w Pentlandy

Pobliskie wzgórza, czyli Pentland Hills znajdują się jakąś godzinę drogi autobusem od naszego domu - a skoro pogoda dopisuje, owce nie mają młodych... co więcej znajomi donoszą, że widziano tam grzyby - pora zapakować plecaki i założyć nasze buty do wędrówki. Pierwsza taka wyprawa z Tito...
W autobusie... (fot. Ami)
Mariusz, Tito i ja - na szlaku  (fot. Ami)
Owieczki! Ciekawsze od owieczek są tylko ich kupy...  (fot. Ami)
W lesie  (fot. Ami)
Ami, Mariusz, i Tito, w drodze na Castlelaw 
Czy to pies czy wydra?
Cudne do domu powroty (fot. Mariusz P.)

sobota, 5 października 2013

Wizyta Christine

Początek października, to taki moment, kiedy możemy sobie chwilkę odetchnąć. Pieskowa szkoła dopiero za dwa tygodnie, od pracy urlop a do Edynburga przyjechał bardzo specjalny gość, Christine z bułgarskiej hodowli wilczaków Shadowlands.
Relacji zdjęciowej z tego spotkania niestety nie będzie, a szkoda, bo był to dzień długich spacerów, nowych miejsc i fajnych rozmów. Tego dnia razem z Tito i Christine uprawialiśmy intensywną socjalizację... Odwiedziliśmy centrum miasta i bardzo ruchliwy dworzec kolejowy (zaliczona przejażdżka schodami ruchomymi, które kiedyś zupełnie Titka nie ruszały, a teraz... cóż, trochę jednak go stresują, no bo jak to? schody po których się nie wchodzi ani nie schodzi???), gwarną kawiarenkę (mogę tego rogalika? mogę? no jak nie mogę, to może sobie poleżę, o tu po środku, zajmując całą podłogę.... a ci klienci co by się chcieli jeszcze napić kawy? zjeść rogalika? a niech sobie nade mną chodzą.... przecież nie jestem taki duży, żeby się nie dało jednym susem mnie przeskoczyć...), nasz ulubiony brzeg rzeki (gdzie klasycznie już szalone skakanie, ganinie i trochę nawet pływanie), i lokalny park (pobiegłem za tą wiewiórką w krzaki, ale wróciłem jak mnie zawołali, i wcale nie zagryzałem Kajtka, tylko fajnie żeśmy się bawili, jak to wilczak z pudlo-rodezjanem) i knajpkę (o znamiennej nazwie Woodland Creatures, Tito idealnie się wpasował w klimat tego pub'u).
Tego dnia nasz mały czechosłowacki wilczak zachowywał się idealnie. Usłyszeliśmy wiele dobrych słów, Tito dostał całą masę miłości i pochwał, oficjalnie też został zaadoptowany przez Christine, jako jej przybrany polsko-szkocki synek...
Oj, dobrze by to było, żeby ten nasz szczeniak pozostał takim fajniakiem, miziakiem pluszakiem, słodziakiem jak jest teraz.

niedziela, 29 września 2013

Jesienne spacery

Wrzesień tego roku jakiś łaskawy, więc w cieplejsze dni wędrujemy często nad rzekę... Wzdłuż Water of Leith ciągnie się długi szlak, idealny na rowerowe wycieczki czy długie spacery z psem.
Tito ma tu swoje ulubione miejce - taki dziki zakątek w samym sercu miasta - gdzie może poskakać sobie wśród zeschniętych liści, pokopać doły, popływać w rzece czy powęszyć w krzaczorach... ot, po prostu: pobyć szczęśliwym szczeniakiem.
Jeszcze nie wiem, jak to zrobić, by łatwo i przyjemnie kilka klipów połączyć w jeden... ale zapraszam do oglądania ;)

piątek, 13 września 2013

Kości... (część II)

Jakiś czas temu było o kości... no więc z jedzeniem - czy raczej z zabieraniem Ticiakowi ukochanych kąsków czy śmieciowych znalezisk - radzimy sobie całkiem nieźle.
Ale trenujemy dalej, bo podobno z wilczakiem robota nigdy się nie kończy... A i Titowi zdarza się burknąć czasem, gdy próbuję mu zabrać coś, co od dłuższego czasu już sobie obgryzał  i wkręcił się w to obgryzanie na amen. Na szczęście zaraz potem przypomina sobie, że jak ja mu ten jego skarb przytrzymam, to jest w sumie całkiem wygodnie, także jakby łatwiej, więc merdając ogonem bierze się znowu do pracy.
Poniżej dwa filmiki o tym jak Tito z zachwytem ciamka sobie wołową kość.
Smacznego.

środa, 11 września 2013

T in The Park

Tytuł posta lekko mylący, bo nie będzie o festiwalu muzycznym tylko o... okolicznych atrakcjach dla psów.

Mieszkamy blisko centrum, jest więc ruch, jest hałas, jest dużo różnych sytuacji, czasem fajnych, czasem mniej.
Co tu dużo pisać. Każdy przecież wie, jak to jest.

Jeśli pójdziemy na spacer wzdłuż jednej z bardziej ruchliwych ulic - Tito zmienia się w psa tropiącego. Z nosem przy ziemi najpierw prowadzi mnie do śmietników, potem do tej bramki gdzie zazwyczaj spotykamy kota. Jego ukochanym miejscem jest oczywiście pub z pomarańczowymi drzwiami, wiecie, ten za rogiem, ten gdzie można z psami, gdzie barmanki uwielbiają Tito i zawsze mają dla niego jakiś smaczek. Tito niestety nie zna się na zegarku, więc czasem rano popiskuje pod drzwiami pubu, licząc na to, że może wejdziemy, na pinte piwa i jakiegoś psiego krakersa... cóż, młody jest, ale wie co dobre :)
Kilka metrów dalej zaczynają się lokalne sklepiki, kawiarenki i fast food'y, wszystkie one oczywiście sprzedają jedzenie na wynos... Zazwyczaj gdzieś tam w ich okolicy się wala - zapomniana stara frytka, kawałek bułki, puszka po red bull'u, skórka od banana albo... guma do żucia. Tito jest mistrzem w wyszukiwaniu takich przysmaków.

Jeśli jednak po wyjściu z domu skręcimy w prawo, i pójdziemy jeszcze kilka metrów, tam gdzie drzewa i schodki - trafimy do małego ulicznego parku. Ogrodzonego z każdej strony, podzielonego na dwie części, tą dla dzieci i sportowców - z placykiem zabaw i boiskiem, i tą drugą, gdzie spotykają się psiarze. Jest tam dużo trawy, kilka ławek, jakaś alejka, kilka dziur, kilka zagubionych patyków, rozszarpanych piłek do tenisa... i masa, cała masa psów biegających bez smyczy, aczkolwiek wciąż pod czujną kontrolą ich przewodników. 
Nasz psi park. Po sąsiedzku. Fenomenalne miejsce do zabaw, treningu i psiej socjalizacji. 

Kilka filmików z tego miejsca - miłego oglądania.
Tito i Mia
Tito, Buddy i Charlie
Tito i cała paczka (Cooper, Navy, Mishka, Charlie II)

Widziałam kiedyś (dawno temu) taki park dla psów we Wrocławiu, w okolicy najbardziej na świecie obesranej ulicy Jedności.
Park był ogrodzony, to dobrze. Był też tam kosz na psie odchody. Super fajnie.
I tu się niestety kończą plusy.
Wrocławski psi park był nie większy od mojej sypialni. Nie było w nim ani skrawka murawy, krzaczka, ławki czy drzewka. Tylko błoto, śmieci i psie kupy wszędzie (bo postawienie kosza nie oznacza zmienienia ludzkiej mentalności).
Tak jak zaznaczyłam, park ten widziałam dawno, więcej niż pięć lat temu, więc może do tej pory coś tam się zmieniło... 
Jak to wygląda w innych krajach i miastach nie mam pojęcia. Coś może wiecie na ten temat?

wtorek, 27 sierpnia 2013

Kości...

Jakiś czas temu przerabialiśmy z Tito problem z kością...

Naczytałam się wcześniej o tym, że wilczaki potrafią sprawiać kłopoty i być zaborcze jeśli chodzi o pełną jedzenia miskę... no więc byłam jako tako gotowa, kiedy Tito przy jedzeniu surowej kości pokazał mi zęby i zaczął na mnie warczeć.

Lekko nie było, ale jakoś tam sobie z tym poradziliśmy. Jak przystało na pełną poświęcenia psiarę, przez tydzień, dzień w dzień siedziałam ze szczeniakiem godzinami w kuchni trzymając mu kość, którą obgryzał z resztek mięsa. Z czasem Tito się nauczył, że mogę mu tą kość w dowolnym momencie zabrać, albo zamienić na coś innego. Chyba zrozumiał, że zawsze jednak dostanie ją z powrotem, tak samo jak swoją miskę czy inne rzeczy, na których z nim trenowałam.
Warczeć przestał, ale jak znam życie, jeszcze ten temat powróci, nie raz...

Możliwość wyjęcia czegoś – czegokolwiek – psu z pyska, to niby nic wielkiego, ale przydaje się nie raz, chociażby na spacerach. Wyciągałam już Ticiakowi z mordy zdechłą mewę, kamienie, szkło, wodorosty i rożne dziwne świństwa... Jednak odbieranie psu... odbieranie wilczakowi pożywienia, to trochę inna bajka. Wszystkich chętnych mocnych wrażeń, zapraszam do spróbowania.
Gwarantuję, że i was może to maleństwo nieźle zaskoczyć...

Tak jak mnie dzisiaj.
Na spacerze Tito wytargał z krzaków wielką kość. Starą, śmierdzącą i gigantyczną. Chyba z mamuta. Przybiegł mi ją pokazać, a potem, jak już zobaczyłam, zachwyciłam się, czy raczej krzyknęłam na niego – z ogonem sztywnym i prostym jak ten oto myślnik – pognał prosto przed siebie, licząc na to, że będę go gonić, ale chyba także na to, że nie będę w stanie go złapać.
Zapomniał biedaczysko, że ciągnie się za nim kilkumetrowa linka i że ja tą linkę mogę po prostu przydepnąć, a potem ściągnąć go do siebie.
Tito chyba był w szoku, bo kość po prostu upuścił i zaczął do mnie ogonkiem merdać. Jakby spodziewał się, że będę mu to świństwo śmierdzące przytrzymywać, żeby mu łatwiej było obgryzać... więc może zadziałały lekcje dawane w kuchni?
A może po prostu mój wilczak mi ufa?
Tudzież bestia już mnie rozgryzła i wie, że nie ma o co ze mną walczyć. Bo ja proszę państwa jestem wegetarianką.
Jak by nie było – zdobyczna kość... no cóż, powędrowała do kosza.

Jeden-zero dla mnie.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Na plaży

Mam tak, że mnie nosi.
Jak tylko mam wolny dzień, to gdzieś jadę, dokądś idę, coś robię. Wilczak jest doskonałym do tego towarzyszem. Gdzie mogę, to go ze sobą zabieram - nawiązujemy więc nowe znajomości w autobusach i pociągach, piknikujemy w parkach, lenimy w pubach albo szwędamy się po plażach. A plaż ci u nas dostatek.
Tym razem wybraliśmy się więc nad Morze Północne, akurat w North Berwick były jakieś festyny, głośna muzyka, tańcowanie, regaty... ale znalazł się i zaciszny kawałek plaży gdzie psy i dzieciaki mogły sobie poszaleć, poganiać do woli...
Tito jak zawsze - nad morzem - wniebowzięty, chociaż dokopać się próbował chyba do piekła...



Oczywiście były też dzikie gonitwy z ukochaną sunią Lolą



no i czas na zdjęcia... trzeba to sobie przyznać szczerze: odkąd jeździ z nami na wypady pies, to chce nam się znowu dźwigać aparat. Była więc wilczakowa sesja na plaży...

fot. Mariusz P.

Nic dziwnego, rośnie nam bardzo przystojny młodzian. No to co mamy się nim nie chwalić!?!

Ps. I jeszcze mały, wakacyjny deser zdjęciowy czyli: słodkie potwory.
fot. Borys R.