Notatki o życiu z wilczakiem. Zdjęcia i filmiki i inne sprawy związane z Tito - Tranquilo Tio Tinto Atropa Bella Donna
piątek, 20 lutego 2015
Atropa Bella Donna
Tito pochodzi z hodowli Atropa Bella Donna - czyli wilcza jagoda, trująca piękna pani. Oto nazwa, która zobowiązuje - jeszcze kilka zdjęć z wyjazdu do Polski, oczywiście w towarzystwie pięknych pań. Mamy Kali, starszej siostry Lilki i Ewy, czyli pierwszego titowego człowieka...
wtorek, 17 lutego 2015
Z rodziną na zdjęciach
![]() |
| Naprzód! |
![]() |
| Piękna Kali |
![]() |
| Dziki gon! |
![]() |
| Rojo kontra reszta bandy :D |
![]() |
| Czarujący uśmiech Titozaura |
![]() |
| Przerwa na przekąskę |
![]() |
| Z mamą Kalinką i siostrą Lilką |
![]() |
| Tito, Kali i Lilka |
![]() |
| Z rodziną najlepiej na zdjęciach, siostra i matka tłuką Ticiaka! |
![]() |
| Tito goni Kalinkę |
![]() |
| Lilka goni Titozaura |
![]() |
| Czas na drinka, Tito i Bleu i smaki kałuży... |
czwartek, 12 lutego 2015
Rodzinne sprawy
Było o psich problemach, o strachach i o podróżowaniu... Ale przecież najpiękniejszą częścią naszej wyprawy do Polski było rodzinne spotkanie.
Moje rodzinne spotkanie, to jedno, ale rodzinne spotkanie Tito - to zupełnie inna sprawa. W ogóle, spotkanie innego wilczaka przez Tito do którego watahy należą głównie psy takie jak staffiki, haszczaki, akity, labradory i charty... To było jak Boże Narodzenie po raz drugi, tylko w środku stycznia. Wielka radość i miłość. Wielkie szaleństwo.
Tak po prawdzie Tito chyba doznał niewielkiego szoku na widok innych wilczaków.
Zacznijmy po kolei - najpierw spotkanie z Sexy we wrocławskiej Mleczarni, dość głośne, rozszczekane - wiecie jakie to uczucie, gdy nagle w knajpie zapada cisza i wszyscy, wszyscy po prostu gapią się na Ciebie? Ja wiem. Kasia o Sexy też wie :)
Mimo początkowych poburkiwań czy to zadziałał urok osobisty Titozaura, czy też wdzięk i klasa Sexy - nie wyproszono nas z knajpki. Nawet gdy przybyło wilczaków.
A nagle okazało się, że do knajpy przecież przyszła jeszcze daleka kuzynka Szaki (cud dziewczyna, młodzieńcza miłość Titozaura, zbaczcie sami - o tutaj ), czy wujek - a może kuzyn Lunar, który zajmował się wychowaniem Tito za szczeniaka (najlepszy przykład to chyba ten ;) ). Spotkania po latach nie należą do najłatwiejszych, wiadomo. Ale jakoś nasze psiaki dały radę. Tito nie tylko miał okazję wybrać się na romantyczny spacer z Szaki
ale też oficjalnie przypomnieć się i przedstawić Lunarowi.
Jestem prawie pewna, że Tito pamiętał oba te psy z okresu szczenięctwa. Sposób w jaki przywitał się z wujkiem Lunkiem spowodował, że szczęka opadła mi na wrocławski bruk i długo długo nie mogłam się pozbierać.
Otóż mój pewny siebie wilczak, który każdemu innemu samcowi musi pokazać kto tu rządzi... na widok wujka Lunka przypadł do ziemi, podpełzł blisko i machając ogone pokazał brzuch a potem - potem próbował włożyć swój łeb prosto w paszczę Lunka... na szczęście oba psy były w kagańcach więc operacja ta była raczej nie do wykonania.
Widzieliście kiedyś na filmie przyrodniczym, jak witają się wilki z watahy?
Ja żałuję, że tych kilku minut nie nagrałam. Cudownie było zobaczyć jak to naprawdę działa, ta psia, czy wilcza mowa ciała. Jak wilczaki pokojowo rozwiązują konfliktowe sytuacje. Podkreślam pokojowo - siłowego rozwiązania wolałabym nie zobaczyć ;)
Oprócz wizyty w Mleczarni Tito udał się też na wizytę do swojego rodzinnego domu, spotkać królową matkę Kalinkę, starszą siostrę Lilkę, cud pannę... I dwóch urwisów - młodszych braci - Roszka, z którym później pojechać miał przez pół Europy, aż do zachodniej Anglii i Bleu, czekającego jeszcze w hodowli na transport do Stanów Zjednoczonych...
Razem z całą watahą, Pawłem, Martą, Ewą, Przemkiem i Ritą wybraliśmy się na spacer po okolicznych polach... gdzie wilczaki szalały, oj szalały... Nawet okoliczni myśliwi uznali, że nie ma tam już nic dla nich do roboty, skoro na Wzgórzach Trzebnickich pojawiła się taka banda...
Moje rodzinne spotkanie, to jedno, ale rodzinne spotkanie Tito - to zupełnie inna sprawa. W ogóle, spotkanie innego wilczaka przez Tito do którego watahy należą głównie psy takie jak staffiki, haszczaki, akity, labradory i charty... To było jak Boże Narodzenie po raz drugi, tylko w środku stycznia. Wielka radość i miłość. Wielkie szaleństwo.
Tak po prawdzie Tito chyba doznał niewielkiego szoku na widok innych wilczaków.
Zacznijmy po kolei - najpierw spotkanie z Sexy we wrocławskiej Mleczarni, dość głośne, rozszczekane - wiecie jakie to uczucie, gdy nagle w knajpie zapada cisza i wszyscy, wszyscy po prostu gapią się na Ciebie? Ja wiem. Kasia o Sexy też wie :)
Mimo początkowych poburkiwań czy to zadziałał urok osobisty Titozaura, czy też wdzięk i klasa Sexy - nie wyproszono nas z knajpki. Nawet gdy przybyło wilczaków.
A nagle okazało się, że do knajpy przecież przyszła jeszcze daleka kuzynka Szaki (cud dziewczyna, młodzieńcza miłość Titozaura, zbaczcie sami - o tutaj ), czy wujek - a może kuzyn Lunar, który zajmował się wychowaniem Tito za szczeniaka (najlepszy przykład to chyba ten ;) ). Spotkania po latach nie należą do najłatwiejszych, wiadomo. Ale jakoś nasze psiaki dały radę. Tito nie tylko miał okazję wybrać się na romantyczny spacer z Szaki
![]() |
| Tito i Szaki, spotkać znów wilczaki |
![]() |
| to jakby znowu było Boże Narodzenie |
![]() |
| Święto w środku stycznia ;D |
Jestem prawie pewna, że Tito pamiętał oba te psy z okresu szczenięctwa. Sposób w jaki przywitał się z wujkiem Lunkiem spowodował, że szczęka opadła mi na wrocławski bruk i długo długo nie mogłam się pozbierać.
Otóż mój pewny siebie wilczak, który każdemu innemu samcowi musi pokazać kto tu rządzi... na widok wujka Lunka przypadł do ziemi, podpełzł blisko i machając ogone pokazał brzuch a potem - potem próbował włożyć swój łeb prosto w paszczę Lunka... na szczęście oba psy były w kagańcach więc operacja ta była raczej nie do wykonania.
Widzieliście kiedyś na filmie przyrodniczym, jak witają się wilki z watahy?
Ja żałuję, że tych kilku minut nie nagrałam. Cudownie było zobaczyć jak to naprawdę działa, ta psia, czy wilcza mowa ciała. Jak wilczaki pokojowo rozwiązują konfliktowe sytuacje. Podkreślam pokojowo - siłowego rozwiązania wolałabym nie zobaczyć ;)
Oprócz wizyty w Mleczarni Tito udał się też na wizytę do swojego rodzinnego domu, spotkać królową matkę Kalinkę, starszą siostrę Lilkę, cud pannę... I dwóch urwisów - młodszych braci - Roszka, z którym później pojechać miał przez pół Europy, aż do zachodniej Anglii i Bleu, czekającego jeszcze w hodowli na transport do Stanów Zjednoczonych...
Razem z całą watahą, Pawłem, Martą, Ewą, Przemkiem i Ritą wybraliśmy się na spacer po okolicznych polach... gdzie wilczaki szalały, oj szalały... Nawet okoliczni myśliwi uznali, że nie ma tam już nic dla nich do roboty, skoro na Wzgórzach Trzebnickich pojawiła się taka banda...
czwartek, 5 lutego 2015
Strach przed weterynarzem
A skoro już piszemy o traumie i kagańcu, trzeba by wspomnieć o titorowym lęku przed weterynarzem...
Jednym z powodów naszej wyprawy do Polski, były też dość kosztowne wizyty u weterynarza. Zależało mi, by zrobić psu prześwietlenie stawów łokciowych i biodrowych oraz wszczepić mu implant (czyli przeprowadzić tak zwaną chemiczną kastrację, odwracalny proces, który pozwoli nam opanować hormony Tito na jakiś czas i przy okazji pomoże nam podjąć decyzję, czy chcemy, czy nie chcemy kastrować Titozaura... o implancie i kastracji może kiedyś tam, innym razem). Obie te sprawy można było oczywiście załatwić u naszego edynburskiego weterynarza, ale kosztowało by nas to jeszcze ze trzy wilczaki... A jak wiadomo - każdy pretekst jest dobry, by zabrać wilka na wyprawę.
Tak więc, mając w planach wspomniane badania, umówiłam nas na wizytę u weterynarzy.
I tu zaczęły się schody. Otóż, okazało się, że Tito panikuje na widok weterynarza, strzykawki i igły. Sama strzykawka, sam weterynarz - nie sprawiają problemu. Ale w jednym zestawie, do tego jeszcze w ciasnym i dziwnie pachnącym gabinecie... oj nie, to nie dla Titozaura. Trzeba wiać. Trzeba zęby pokazać... Trzeba narobić zamieszania.
Lęk ten - w mniejszym stopniu, pojawił się już wcześniej, przy podawaniu mu kiedyś antybiotyku. Ukłuty Tito popłakał sobie troszkę. Wydawałoby się, że nie ma problemu. Ale przy kolejnej wizycie, na obowiązkowych szczepieniach zaczął się szarpać i denerwować. Daliśmy radę go przytrzymać, tak że weterynarz zrobił swoje.
Niestety w Polsce na wizycie zabrakło Mariusza. Tito okazał się zbyt silny, zbyt duży i zbyt zdesperowany jak dla mnie. W ataku paniki puściły Titowi nerwy i poszły się ... kochać... wszystkie nasze wypracowane zachowania. Puścił kaganiec. Puściły też Titowi gruczoły okołoodbytowe. Wielki pies, wielki smród i wielkie zamieszanie.
I moje zmartwienie - co teraz, jak będziemy sobie radzić z takimi sytuacjami? Jak ogarnąć psa który wpada w panikę przy wizycie u weterynarza?
Przerażony, cuchnący wilczak dostał tego dnia dwa zastrzyki, jeden z implantem, drugi z tak zwanym głupim jasiem dzięki któremu udało nam się nieprzytomnego psa ułożyć na stole do badania rentgenologicznego.
Stawy Tito zostały prześwietlone i okazały się zdrowiutkie jak trzeba. Na dowód tego dostaliśmy świstek i pieczątkę w rodowodzie.
A żeby poradzić sobie z problemami Tita z weterynarzem... zaczęliśmy wizytować okoliczne gabinety.
Zaraz następnego dnia Tito odwiedził maleńki gabinecik w Leśnicy przy ulicy Trzmielowickiej. Wspaniała pani weterynarz wpuściła go do środka, pozwoliła postać na wadze, obwąchać wszystkie kąty i jeszcze zjeść psiego biszkopta. Co więcej, słysząc o problemach Tito z zastrzykami, podarowała nam strzykawkę. Niech się chłopak przyzwyczaja do widoku takich.
Kolejną wizytę umówiliśmy sobie już u naszego weterynarza w Edynburgu. Po ostatnim leczeniu tam, Tito zaczął się bać wizyt w mikro gabinecie, chociaż na przykład uwielbiał poczekalnię i spotkania z recepcjonistką i pielęgniarkami.
Tym razem do gabinetu zaprosiła go młoda i uprzejma pani vet, która nie tylko zrozumiała w czym jest problem, ale spędziła kilka minut na oswojeniu Tito ze sobą i zdobyciu jego zaufania. I chociaż nie skończyło się na jednej wizycie (bo Tito ma problemy z łapką), to każde następne spotkanie okazało się małym kroczkiem do przodu.
Już po kilku dniach widziałam, jak zmieniło się nastawienie Titozaura do wizyty u lekarza. Przerażony poprzednio pies zaczął wchodzić do gabinetu z ciekawością i rozmerdanym ogonem. Pozwalał się obmacać, osłuchać a nawet założyć sobie brzydki klosz na głowę :D
Jednym z powodów naszej wyprawy do Polski, były też dość kosztowne wizyty u weterynarza. Zależało mi, by zrobić psu prześwietlenie stawów łokciowych i biodrowych oraz wszczepić mu implant (czyli przeprowadzić tak zwaną chemiczną kastrację, odwracalny proces, który pozwoli nam opanować hormony Tito na jakiś czas i przy okazji pomoże nam podjąć decyzję, czy chcemy, czy nie chcemy kastrować Titozaura... o implancie i kastracji może kiedyś tam, innym razem). Obie te sprawy można było oczywiście załatwić u naszego edynburskiego weterynarza, ale kosztowało by nas to jeszcze ze trzy wilczaki... A jak wiadomo - każdy pretekst jest dobry, by zabrać wilka na wyprawę.
Tak więc, mając w planach wspomniane badania, umówiłam nas na wizytę u weterynarzy.
I tu zaczęły się schody. Otóż, okazało się, że Tito panikuje na widok weterynarza, strzykawki i igły. Sama strzykawka, sam weterynarz - nie sprawiają problemu. Ale w jednym zestawie, do tego jeszcze w ciasnym i dziwnie pachnącym gabinecie... oj nie, to nie dla Titozaura. Trzeba wiać. Trzeba zęby pokazać... Trzeba narobić zamieszania.
Lęk ten - w mniejszym stopniu, pojawił się już wcześniej, przy podawaniu mu kiedyś antybiotyku. Ukłuty Tito popłakał sobie troszkę. Wydawałoby się, że nie ma problemu. Ale przy kolejnej wizycie, na obowiązkowych szczepieniach zaczął się szarpać i denerwować. Daliśmy radę go przytrzymać, tak że weterynarz zrobił swoje.
Niestety w Polsce na wizycie zabrakło Mariusza. Tito okazał się zbyt silny, zbyt duży i zbyt zdesperowany jak dla mnie. W ataku paniki puściły Titowi nerwy i poszły się ... kochać... wszystkie nasze wypracowane zachowania. Puścił kaganiec. Puściły też Titowi gruczoły okołoodbytowe. Wielki pies, wielki smród i wielkie zamieszanie.
I moje zmartwienie - co teraz, jak będziemy sobie radzić z takimi sytuacjami? Jak ogarnąć psa który wpada w panikę przy wizycie u weterynarza?
Przerażony, cuchnący wilczak dostał tego dnia dwa zastrzyki, jeden z implantem, drugi z tak zwanym głupim jasiem dzięki któremu udało nam się nieprzytomnego psa ułożyć na stole do badania rentgenologicznego.
Stawy Tito zostały prześwietlone i okazały się zdrowiutkie jak trzeba. Na dowód tego dostaliśmy świstek i pieczątkę w rodowodzie.
![]() |
| Badanie stawów pod kątem dysplazji - HD A i ED 0/0 |
Zaraz następnego dnia Tito odwiedził maleńki gabinecik w Leśnicy przy ulicy Trzmielowickiej. Wspaniała pani weterynarz wpuściła go do środka, pozwoliła postać na wadze, obwąchać wszystkie kąty i jeszcze zjeść psiego biszkopta. Co więcej, słysząc o problemach Tito z zastrzykami, podarowała nam strzykawkę. Niech się chłopak przyzwyczaja do widoku takich.
Kolejną wizytę umówiliśmy sobie już u naszego weterynarza w Edynburgu. Po ostatnim leczeniu tam, Tito zaczął się bać wizyt w mikro gabinecie, chociaż na przykład uwielbiał poczekalnię i spotkania z recepcjonistką i pielęgniarkami.
Tym razem do gabinetu zaprosiła go młoda i uprzejma pani vet, która nie tylko zrozumiała w czym jest problem, ale spędziła kilka minut na oswojeniu Tito ze sobą i zdobyciu jego zaufania. I chociaż nie skończyło się na jednej wizycie (bo Tito ma problemy z łapką), to każde następne spotkanie okazało się małym kroczkiem do przodu.
Już po kilku dniach widziałam, jak zmieniło się nastawienie Titozaura do wizyty u lekarza. Przerażony poprzednio pies zaczął wchodzić do gabinetu z ciekawością i rozmerdanym ogonem. Pozwalał się obmacać, osłuchać a nawet założyć sobie brzydki klosz na głowę :D
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






















.jpg)