wtorek, 27 sierpnia 2013

Kości...

Jakiś czas temu przerabialiśmy z Tito problem z kością...

Naczytałam się wcześniej o tym, że wilczaki potrafią sprawiać kłopoty i być zaborcze jeśli chodzi o pełną jedzenia miskę... no więc byłam jako tako gotowa, kiedy Tito przy jedzeniu surowej kości pokazał mi zęby i zaczął na mnie warczeć.

Lekko nie było, ale jakoś tam sobie z tym poradziliśmy. Jak przystało na pełną poświęcenia psiarę, przez tydzień, dzień w dzień siedziałam ze szczeniakiem godzinami w kuchni trzymając mu kość, którą obgryzał z resztek mięsa. Z czasem Tito się nauczył, że mogę mu tą kość w dowolnym momencie zabrać, albo zamienić na coś innego. Chyba zrozumiał, że zawsze jednak dostanie ją z powrotem, tak samo jak swoją miskę czy inne rzeczy, na których z nim trenowałam.
Warczeć przestał, ale jak znam życie, jeszcze ten temat powróci, nie raz...

Możliwość wyjęcia czegoś – czegokolwiek – psu z pyska, to niby nic wielkiego, ale przydaje się nie raz, chociażby na spacerach. Wyciągałam już Ticiakowi z mordy zdechłą mewę, kamienie, szkło, wodorosty i rożne dziwne świństwa... Jednak odbieranie psu... odbieranie wilczakowi pożywienia, to trochę inna bajka. Wszystkich chętnych mocnych wrażeń, zapraszam do spróbowania.
Gwarantuję, że i was może to maleństwo nieźle zaskoczyć...

Tak jak mnie dzisiaj.
Na spacerze Tito wytargał z krzaków wielką kość. Starą, śmierdzącą i gigantyczną. Chyba z mamuta. Przybiegł mi ją pokazać, a potem, jak już zobaczyłam, zachwyciłam się, czy raczej krzyknęłam na niego – z ogonem sztywnym i prostym jak ten oto myślnik – pognał prosto przed siebie, licząc na to, że będę go gonić, ale chyba także na to, że nie będę w stanie go złapać.
Zapomniał biedaczysko, że ciągnie się za nim kilkumetrowa linka i że ja tą linkę mogę po prostu przydepnąć, a potem ściągnąć go do siebie.
Tito chyba był w szoku, bo kość po prostu upuścił i zaczął do mnie ogonkiem merdać. Jakby spodziewał się, że będę mu to świństwo śmierdzące przytrzymywać, żeby mu łatwiej było obgryzać... więc może zadziałały lekcje dawane w kuchni?
A może po prostu mój wilczak mi ufa?
Tudzież bestia już mnie rozgryzła i wie, że nie ma o co ze mną walczyć. Bo ja proszę państwa jestem wegetarianką.
Jak by nie było – zdobyczna kość... no cóż, powędrowała do kosza.

Jeden-zero dla mnie.

2 komentarze:

  1. Miałem to samo ze swoim! Cholernik po latach nie ruszał mnie ani Agnieszki, żonki mojej, ale niech tylko podszedł ktoś inny, bądź inny pies...rozróba gwarantowana. O dziwo prócz nas jedynymi istotami, które mogły zajrzeć w michę, bodź coś zabrać z przed nosa Bruna były.....najgłupsze na świecie ....perliczki. Olewał je nawet kiedy leżał przy misce, a one spokojnie wyskubywały co się dało :)

    OdpowiedzUsuń

obraźliwe komentarze będą usuwane